niedziela

Six.


   Wrzuciwszy do walizki ostatni z białych podkoszulków, blondyn odetchnął ciężko i uniósł ramiona ku górze, rozciągając tym samym obolałe plecy. Gdy poczuł ulgę od napięcia, które towarzyszyło jego mięśniom od chwili przebudzenia z płytkiego snu, sięgnął po półtoralitrową butelkę wody, która stała nieopodal i odkręciwszy ją, napił się kilku sporych łyków. Od dłuższego czasu próbował, niestety bezskutecznie, zgasić palące pragnienie i jakoś zapobiec bólowi głowy. Niestety, jego organizm nie był dostosowany do spożywania alkoholu w takich ilościach, jakie wchłonął poprzedniej nocy, i chłopak był tego świadom. A teraz musiał ponosić konsekwencje swoich czynów.
   Zamykając zamek torby, zniósł ją na parter i postawił nieopodal drzwi wejściowych. Ubrał się i jeszcze raz przeszedł po rodzinnym domu, by upewnić się, że nie zapomniał niczego. Gdy włożył na nos przeciwsłoneczne okulary, gotów do wyjścia, napotkał w drzwiach kuchennych filigranową postać swojej matki.
 - Synku… - zaczęła, lecz nie pozwolił jej skończyć.
 - Dowidzenia mamo – rzucił, niedbale ucałował jej policzek i chwytając do ręki torbę, opuścił dom.
  Maszerując przez ogródek, w którym spędził całe swoje dzieciństwo, przełknął wielką gulę żalu i rozgoryczenia. Zacisnął mocniej szczęki i poprawił okulary, które nieco mu się ześlizgnęły z nosa, po czym trzasnął furtką. W tym samym momencie z za rogu wyjechała taksówka, którą dla siebie zamówił. Wpakował się do środka wraz z bagażem i pokierował kierowcę prosto na lotnisko. W tym momencie nie miał ochoty na podróżowanie pociągiem, co zwykle sprawiało mu wiele frajdy. Chciał jak najszybciej znaleźć się w Londynie, niekoniecznie w swoim mieszkaniu.
  Po kilku godzinach podróży, gdy jego białe trampki stanęły na londyńskim asfalcie, odetchnął z wyraźną ulgą i skierował się ku postojowi taksówek. Kazał zawieść się do jakiegokolwiek hotelu, po przeciwnej stronie miasta, od  tej, gdzie stał ich apartamentowiec, a gdy kierowca zaparkował przy wjeździe do jednego z nich, rozliczył się i spokojnym krokiem wszedł do lobby. Przy recepcji zapłacił z góry za tydzień pobytu, odebrał swój kluczyk, zastrzegając sobie absolutną prywatność, po czym wszedł do windy i wyjechał na najwyższe piętro.
   Wszedłszy do średniej wielkości pokoju z dużym łóżkiem, barkiem i balkonem, rzucił swoją torbę na podłogę, a sam zwalił się na biało-pomarańczową pościel. Przez chwilę przyglądał się sufitowi, myśląc o niebieskich migdałach, a potem zadzwonił do obsługi hotelowej i zamówił dla siebie sporych rozmiarów obiad. Podniósłszy się z łóżka, zawiesił spojrzenie na barku i wyjął z niego butelkę brandy, po czym nalał do szklanki sporą jej porcję. Gorzki smak sparzył jego język, tym samym przynosząc śmieszną w swej prostocie ulgę.
Tak, wiedział w tym momencie, że jeszcze nie zdążył dojść do siebie po ostatnim razie, ale w tym momencie nic lepszego na poprawę humoru nie przychodziło mu do głowy. Cieszył się, że wrócił do Londynu i ma chwilę czasu dla siebie, lecz ta radość przeplatana była żalem i brakiem zrozumienia. Czuł się winny błędów, których nie popełnił i nikt nie mógł go w tej chwili pocieszyć.




- Charlotte? – zapytał z niedowierzaniem, przyglądając się dziewczynie a ona jedynie pokiwała głową. Wpuścił ją do środka i zamknąwszy drzwi, podrapał się po karku. Młodszą siostrę Louisa zapamiętał całkowicie inaczej, ale wtedy było to przelotne spotkanie. Jednakże był pewien, że wówczas nie miała zgrabnych nóg, nieziemskiego biustu i ślicznego uśmiechu. – Ohm, pomogę ci z tą walizką.
   Wyniósłszy bagaż na górę, zostawił dziewczynę samą, pozwalając jej się odświeżyć. W tym czasie przyjechał dostawca pizzy, więc Styles położył na stole prujący przysmak, a także napełnił dwie szklanki mrożoną herbatą. Kiedy Charlotte zeszła na dół, była przebrana w krótkie spodenki i bokserkę, które wyeksponowały jej ciemną karnację. Z długich, ciemnoblond włosów ściekało jeszcze kilka kropelek wody.
 - Przepraszam, że tak zwałam ci się na głowę – powiedziała, drapiąc się nerwowo na uchem i usiadła na wskazanym przez niego miejscu.
  - Daj spokój – uśmiechnął się lekko i nałożył na jej talerz kawałek pizzy. – Jesteś poniekąd członkiem rodziny. Lepiej opowiedz, co przywiało cię aż do Londynu.
 - Od października zaczynam tu szkołę – wzruszyła lekko ramionami, biorąc do ust kawałek pizzy. – A przedtem mam jeszcze kilka wstępnych egzaminów i kursy douczające. Obiecuję, że znajdę sobie mieszkanie jak najszybciej.
 - Przecież możesz tu zostać – zaśmiał się. – Będzie mi weselej. I tak wszyscy wybyli…
   Oczywiście było to kłamstwem, o wiele bardziej wolał samotne, błogie lenistwo, ale z drugiej strony sam o sobie myślał, że zaczynał już trochę dziwaczeć i powrót do posiadania współlokatora dobrze by mu zrobił.
 - No właśnie, gdzie podziała się reszta One Direction? – zapytała, wymowne rozglądając się dookoła.
 - Cóż, twój brat siedzi u swojej dziewczyny, jak zapewne wiesz – wzruszył ramionami. – Zayn i Niall pojechali do domu, a Liam… Cóż Liam podobno zwiedza Anglię w samotności. Cokolwiek to znaczy…
   Rozmowa trwała w najlepsze, pizza zniknęła z talerzy i przenieśli się na sofę w salonie. Zanim obydwoje zdążyli się spostrzec, zapanował wieczór. Styles włączył jeden z filmów na DVD. Będąc w trakcie oglądania zostali absolutnie zaskoczeni. W całym budynku nie było prądu.
 - Harry? – odezwała się niepewnie blondynka. – Jesteś tutaj? Co się stało?
- Nie mam pojęcia – zaśmiał się kędzierzawy i podniósł z fotela, po czym po omacku pomaszerował do okna, które w tym momencie było jedynym, lecz marnym źródłem światła. – Tylko nasz budynek nie ma prądu. Coś się musiało popsuć.
 - O matko – westchnęła ciężko Charlotte i podkurczyła nogi pod brodę. – To pięknie… Myślisz, ze długo to potrwa?
 - Nie mam pojęcia – odpowiedział, bezradnie wzruszając ramionami. – Chyba nie boisz się ciemności?
 - Ciut – miauknęła ledwo słyszalnie, a chłopak w odpowiedzi głośno zarechotał. – Czemu się śmiejesz?!
 - To takie babskie – odparł, wciąż się śmiejąc. – Niall też się boi. Poczekaj, zaraz coś zaradzimy.
   Zniknął na chwilę za drzwiami kuchni, powoli przemieszczając się krok po kroku. Znał układ mieszkania ale nie omieszkał poobijać sobie stóp o meble. Wygrzebał ze schowka w kuchni parę długich białych świeczek, po czym powkładał je do szklanek. Wróciwszy z powrotem do salonu ustawił je w kilku miejscach i odpalił.
 - Od razu lepiej – skomentowała blondynka, a Hary wrócił na swoje miejsce w fotelu. Przyjrzał jej się bliżej. Jej oczy błyszczały uroczo w blasku płomyków, włosy pociemniały ale za to twarz rozjaśniła się. Miał wrażenie, że w tym momencie widzi ostrzej niż zazwyczaj. Kontury jej postaci wydawały się mu tak mocno zarysowane, że wyglądała jak wycięta z innego komiksu i przyklejona do dosłownie czarnej rzeczywistości Styles’ owego. – Co robimy? Idziemy spać?
 - To będzie chyba najlepsze wyjście – przyznał. – Chodź, zaprowadzę cię do pokoju Louisa.
   Podniósłszy się z fotela, chwycił za jedną ze szklanek i przemaszerował powoli kilka kroków w kierunku schodów. Dziewczyna powtórzyła jego ruchy. Znajdując się przy Harry’ m, niepewnie chwyciła jego dłoń a chłopak uśmiechnął się nieco. Ciągnąc ją za sobą, wszedł po schodach i przemierzył korytarz do trzecich drzwi, za którymi znajdowała się sypialnia Tomlinson’ a.
 - Dobranoc – powiedziała cichutko, a chłopak odpowiedział jej tym samym, po czym wrócił na dół. Zgasił wszystkie świeczki zostawiając jedynie tę, która znajdowała się w jego dłoni, po czym poszedł do swojego pokoju. Przebrał się w spodnie do dresu i położył na łóżku, po czym sięgnął po swój telefon. Podłączył do niego słuchawki i już miał puszczać muzykę, gdy nagle usłyszał ciche pukanie. – Harry?
 - Tak? – odezwał się, wyciągając kabelek z ucha. Blond główka Charlotte pokazała się zza drzwi.
- Ekhm – odchrząknęła niepewnie i weszła do jego sypialni zamykając za sobą drzwi. – Czy mogłabym z tobą jeszcze chwilę posiedzieć zanim nie zrobię się całkiem senna? Będę miała problem z zaśnięciem w tych ciemnościach a boję się zostawić zapaloną świeczkę…
- Pewnie – uśmiechnął się lekko i poklepał miejsce obok siebie.
 - Dzięki – szepnęła uradowana i podeszła do jego łóżka, siadając na nim. – Czego słuchasz?
 - Coldplay – rzucił i podał jej jedną słuchawkę. Ułożyła się na poduszce nieopodal niego i wetknęła ją sobie do ucha. Cicho oddychając wsłuchiwała się w melodię. Harry zdmuchnął blady płomyk świeczki i przez chwilę obserwował dym, który rozniósł się w okolicy knota. Później przeniósł spojrzenie na leżącą na boku Charlotte. Jej twarz, ledwo widoczna przez wszechpanującą ciemność, ozdobiona była delikatnym uśmiechem. Długie, przeciągnięte czarnym tuszem rzęsy, rzucały cień na zarumienione policzki. Długie blond włosy, założone za ucho rozpływały się po szyi, plecach i poduszce. Zjechał wzrokiem niżej, na jej ramię i dłoń, bezwładnie opadające na pościel, na oszałamiające wcięcie w talii i długie, niczym nie osłonięte nogi. Była szczupła i delikatna, a charyzma i towarzyskość zanikały, gdy powoli wpadała w sen, ustępując bezbronności. Chwilkę później, gdy odkuł spojrzenie z jej nóg i wrócił na twarz, zorientował się, że zasnęła. Najdelikatniej jak potrafił wyciągnął z jej ucha słuchawkę i odłożył telefon na szafkę. Podniósł się cicho i przemaszerował na drugą stronę łóżka, po czym uniósł ją powoli i położył po przeciwnej stronie, gdzie kołdra była odsunięta. Otulił ją szczelnie, a sam wślizgnął się obok. Prawdopodobnie popełniał błąd. Nie powinien spać w jednym łóżku z siostrą swojego przyjaciela. Nie powinien w ogóle leżeć z nią w jednym łóżku. Nie powinien myśleć o niej jak o pięknej, seksownej, traktować jak kobietę, czuć przyciąganie. Nie powinien, a jednak było tak. Westchnął ciężko i sięgnął ku jej twarzy. Wziął w dwa palce jeden z kosmyków jej włosów i przyciągnął go do swojego nosa. Wyczuł słodki zapach malinowego szamponu zmieszanego z jakimiś perfumami. Zaciągnął się głębiej i uśmiechnął, tym samym przysuwając do niej o kilka centymetrów.
    Zasnął myśląc o tym, jak bardzo ma przejebane.




   Już dawno nie zdarzały mu się takie dni, że od przebudzenia o poranku, na jego twarzy gościł szczery, szeroki uśmiech. Zayn przyjrzał się niebu za oknem, które odzwierciedlało jego nastrój. Błękitu nie zaburzała nawet najmniejsza chmurka. Wygrzebał się z kołdry, która wyglądała jak poligon po ataku UFO i podreptał do łazienki. Wziął odświeżający prysznic, dokładnie się ogolił i wypachnił, ułożył włosy tak, że nawet jemu się spodobały (co niezbyt często się zdarzało) i wkładając do kieszeni swój telefon, zszedł na dół. W kuchni jego starsza siostra przygotowywała naleśniki. Nalał sobie kawy do kubka i podszedł do niej.
 - Kocham cię – szepnął jej do ucha, całując w policzek, po czym ukradł z talerza jeden z placków i uciekł, uprzednio zabierając swój kubek.
 - Pożałujesz gnojku! – krzyknęła za nim, wymachując drewnianą łopatką. Zaśmiał się pod nosem i przeżuwając pomaszerował na taras. Postawił na drewnianym stoliku kawę i rozejrzał się dookoła. Na parapecie leżała paczka papierosów, którą zostawił tam w nocy. Wyciągnął ostatniego i włożył sobie do ust. Zapalił. Po chwili trujący dym wdarł się w jego płuca. Popił odrobiną gorzkiej kawy i położył głowę na oparciu leżaka. Wpadł w błogostan.
 - Co tam, synek? – usłyszał za plecami. Nie musiał nawet odwracać się, by rozpoznać głos ojca. Starszy mężczyzna usiadł na fotelu obok i sięgnął do kieszeni dresu, by wyciągnąć z niego identyczną paczkę papierosów. – Powinieneś rzucić.
 - Ty też – zaśmiał się Zayn i wlepił spojrzenie w nieco pomarszczoną już twarz rodzica. – Jak tam wątroba?
 - Wciąż mogę pić whiskey – zażartował i zaciągnął się, a jego dziedzic pokręcił głową z dezaprobatą. Młodszy Malik wiedział, że prawienie ojcu morałów na temat dbania o swoje zdrowie są równoznaczne z powiedzeniem Horan’ owi: „jedz mniej”. Brunet już nie wierzył w rzeczy niemożliwe.  – Co z tą dziewczyną… Jak jej było? Catherine?
 - Carol – poprawił z przekąsem i odwrócił wzrok. Jak on kochał te momenty gdy sielankowa gadka  przeradzała się w rozmowę na temat rzeczy poważnych i trudnych. Chwilę milczał a ojciec nie poganiał go. Powoli wypalił papierosa, a potem, zakładając nogę na nogę, półleżał i przyglądał się błękitowi nieba. – Mama cię nasłała na spytki?
 - Ta – przyznał od razu i wzruszył ramionami. – Wiesz jakie są baby. Wsiadły na mnie we cztery z twoimi siostrami i kazały iść pytać, powtarzając po sto razy, żebym nic nie zapomniał.
   Zayn wybuchł szczerym śmiechem, ale nie poruszył tematu. Dopił swoją kawę i podniósł się z leżaka. Podchodząc do przeszklonych drzwi rzucił jedynie przez ramię:
 - Kocham ją, tato. Ale co z tego?
 Kilkanaście minut później, ubrany w biały podkoszulek i ciemne jeansy maszerował uliczkami Bradford w kierunku sklepu. Musiał kupić sobie nową paczkę szlugów i musiał usłyszeć jej głos. Sięgnął po swój telefon i uśmiechnął się lekko, widząc jej śliczną twarz na wyświetlaczu. Wcisnął „Carol” i poczekał trzy sygnały.
 - Halo – odezwała się, jak zwykle przeciągając samogłoski.
 - Hej – rzucił, próbując ją naśladować lecz ta próba okazała się nieudana. Zamiast seksownego półszeptu wyszedł mu żabi skrzek. – Co robisz?
 - Siedzę w wannie – powiedziała to w taki sposób, że poziom testosteronu w organizmie Malika podskoczył o sto sześć procent. – A ty?
 - Y – odpowiedział bardzo błyskotliwie lecz słysząc jej śmiech momentalnie się ogarnął. – Idę do sklepu. Potrzebujesz czegoś?
 - Właściwie… tak.  – mruknęła. – Wiesz… bo moi rodzice sobie poszli…
 - Będę za dwie minuty – rzucił i rozłączył się. Odwrócił się na pięcie i puścił się biegiem wzdłuż chodnika. A biegł tak szybko, że przy furtce do jej posesji omal nie dostał zawału.



 - Nie chcę – jęknąłem. Zdawałem sobie sprawę z tego, że brzmię w tym momencie jak rozkapryszona dziewczynka, ale nie obchodziło mnie to. Annalea zaśmiała się słodko i złapała za moje palce, które kurczowo zaciśnięte były na jej płaszczu. – Nie.
 - Liam, proszę – odpowiedziała podobnym tonem i spróbowała oderwać moje dłonie. Bezskutecznie. – Puść mnie…
 - Nie – odpowiedziałem, mocno akcentując to słowo. – Nigdzie nie pójdziesz.
 - Muszę! – zapewniła, ale zignorowałem to. – Kochany, ja mam pracę…
   Po moim kręgosłupie przeszła jakaś lodowata iskra. Kochany?
 - Kochany? – powtórzyłem za swoimi myślami, patrząc jej w oczy. W ciągu ostatnich kilku godzin wyzbyłem się prawie do cna jakiejkolwiek nieśmiałości wobec niej.
 - Kochany – odpowiedziała z przekonaniem, przenosząc swoje dłonie na mój kark. Tym samym zmniejszyła dystans między nami jeszcze bardziej. – Nie chcesz być „kochany”?
 - Chcę – zapewniłem, uśmiechając się, a ona odwzajemniła ten gest. Jej lewa dłoń pogłaskała mój policzek, podczas gdy prawa wciąż zaciśnięta była na karku. Puściłem jej płaszcz, ale otuliłem szczelnie ramionami jej ramiona. – Po prostu nie chcę, żebyś wracała do domu.
- Ja też wolałabym tu zostać – szepnęła mi do ucha, unosząc się na palcach. – Ale nie mogę. Gdybym mogła…
 - To co? – podchwyciłem, łapiąc za jej podbródek. Zmrużyłem podejrzliwie oczy i zerknąłem w jej błękitne tęczówki, które dobrze już znałem, ale wciąż wydawały mi się czymś nowym. – Hm?
 - Nie interesuj się – odparła zgryźliwie i wystawiła mi język. Zaśmiałem się szczerze. Uwielbiałem w niej to, że nawet w takim momencie potrafi być bezczelna. – To jak, puścisz mnie?
 - A jaką będę miał gwarancję, że wrócisz?
   Dłuższą chwilę milczała, bacznie mi się przyglądając. Oblizała wargi, zmrużyła oczy i uśmiechnęła się ledwo zauważalnie, po czym łapiąc za klapy mojej marynarki, po raz kolejny uniosła się na palcach i złożyła na mych ustach lekki pocałunek.
 - Taka gwarancja wystarczy? – szepnęła, ledwo odrywając swoje wargi od moich.
- Tak – odpowiedziałem równie cicho, po czym puściłem ją i pozwoliłem wsiąść do taksówki.
   Dopiero kilka minut później, gdy znalazłem się w swoim hotelowym pokoju dotarło do mnie co właśnie się wydarzyło.


Statystyka